środa, 18 stycznia 2012

Trzy słowa dla matki prowadzącej

Szaleństwa panny Małgorzaty obrały nieco bardziej ahtystyczny kierunek.

Fakt nr 1: Zapisałam się na internetowy kurs twórczego pisania
Fakt nr 2: Na urodziny kupiłam sobie tę oto książkę: http://bukowylas.pl/content/ksiazka/jak-zosta%C4%87-pisarzem
Fakt nr 3: Od poniedziałku siedzę na chorobowym, ale na szczęście nie jestem na tyle chora, żeby tracić świadomość

W związku z tym mam teraz dużo wolnego czasu i usiłuję wgryźć się dokładniej w temat: wyrobić sobie nawyk codziennego pisania, eksperymentować, rozmyślać. Czy to w książce, czy też na jednym z wykładów kursu, podpatrzyłam fajną zabawę, która niesamowicie rozgrzewa wyobraźnię i podsuwa ciekawe pomysły:
1. bierzemy do ręki słownik
2. losujemy z niego trzy słowa
3. układamy historyjkę tak, aby zawierała te trzy słowa

Efekty są... ekhem, sami zobaczcie (wylosowane słowa na tłusto).



Do mojego domu wparował szaleniec. Sterroryzował mnie i moją rodzinę, zamknął nas wszystkich w salonie, po czym zaczął snuć marzenia o wyjeździe do Kanady. Jego mrzonki urzekły mnie. Wyciągnąłem atlas i encyklopedię, całą noc szukaliśmy informacji o tym odległym, dzikim, wyśnionym kraju. Co z tego, że nigdy tam nie dotrzemy? Mój salon może się zmienić w Kanadę! Regał z winem został mianowany prowincją Quebec, talerz toruńskich pierników został oznaczony na naszej makiecie jako Toronto, a kwiaty z wazonu, ułożone w linię, miały wyobrażać kolej transkanadyjską. Moja żona i córka nie były zachwycone. One zawsze wolały USA, co niedzielę serwowały mi na obiad hamburgery, frytki i koktajl bananowy, gazetnik nazywały Waszyngtonem, a gablotę z zastawą do herbaty - Bostonem.



George przepracował w Wielkiej Firmie ponad dwadzieścia lat. Był zawsze sumienny, obowiązkowy, pracowity, często zostawał po godzinach i w weekendy. Był niczym robot, nigdy nie żądał podwyżek, nie chorował, nie brał urlopów. W ogóle się nie odzywał do nikogo, był zamknięty w sobie i nieufny. Dlatego też niespecjalnie zaskakuje fakt, że jego śmierć przy biurku została odkryta dopiero trzy dni po zgonie. Autopsja wykazała, że George miał potworny wrzód, którego nie leczył, bo był zbyt zapracowany. Wieść o jego śmierci odbiła się szerokim echem wśród pracowników Wielkiej Firmy. George stał się mesjaszem korporobotów, czy może raczej antymesjaszem - swoim życiem i drogą pokazał, że to nie jest życie i nie tędy droga. Procesja podczas jego pogrzebu spowodowała spore zakłócenia ruchu ulicznego. Po raz pierwszy w życiu George nie był sam i nikt nie pozostał wobec niego obojętny.



Nie każda miłość trwa wiecznie, nie każde dziecko dożywa dorosłości, nie każdy statek zawija do portu przeznaczenia. Transport owoców tropikalnych zatonął u brzegówFrancji, a na plaży jeszcze przez długi, długi czas zamiast małż i meduz, leżały małe, bezradne kiwi, które kapryśne może wypluwało z kolejnymi falami.



Wielkie zamieszanie wywołał w szpitalu psychiatrycznym pewien chory, który uważał się za śpiewaka operowego i potraktował wannę jak muszlę koncertową. Jego głęboki, czysty głos niósł się po mrocznych korytarzach, a wszyscy pacjenci porzucili swoje prawdziwe i wyimaginowane zajęcia, by wsłuchać się w rzewne, nikomu nieznane melodie. W końcu byrektor ośrodka zaordynował spacyfikowanie niefortunnego śpiewaka poprzez nałożenie mu kagańca. Od tego smutnego dnia chorzy pogrążyli się w ciszy. Melodia, która wypełniła ich serca i umysły, już nigdy nie dała dojść do głosu wrzaskom ich dusz. Krzesła w świetlicy ustawili w kilku równoległych rzędach i trwali tak całymi dniami, w nieporuszonym oczekiwaniu na kolejny koncert.



Nadeszła w końcu ostatnia godzina sędziwego Paddyego OFlahertyego, fabrykantaznanego i cenionego w całym Bostonie. Niestety, jedyny spadkobierca Paddyego, jego syn, Sean, nie podzielał pragmatycznych poglądów na życie, jakie wyznawał jego ojciec. Młodzieniec wychował się czytając celtyckie mity, słuchając muzyki tradycyjnej, uczęszczając na lekcje gry na harfie i marząc o sprowadzeniu choćby kawałka Irlandii do zatłoczonego, przemysłowego Bostonu. W dniu przejęcia spadku Sean zamknął fabrykę i sprzedał rodzinną rezydencję, w której od lat mieszkał jedynie z ojcem i służbą. Wszystkie pieniądze przeznaczył na pokaźne odprawy dla pracowników fabryki. Sam zamieszkał w stróżówce i całe dnie spędzał w opuszczonej hali produkcyjnej, grając na harfie śmiertelnie poważnym imadłom, kłaniającym się z wysoka blokom linowym i filuternie uśmiechniętym zardzewiałym hakom wystającym ze ścian. Z czasem ściany i podłogę hali porosła trawa i wrzośce, a sufit spowiła mgła. Sean nie wiedział nic o produkcji guzików, ale potrafił sfabrykować doskonały jakościowo kawałek Connemary.



Heniek nie był już pewien, czy praca w agencji reklamowej w Warszawie była tym, co powinien w życiu robić. Szef wychodził z siebie:
- Potrzebujemy eventu!!! Ludzie!!! Myślcie!!! Za co wam płacę, debile! Może zatrudnię przedszkolaków na wasze miejsce, nie dość, że są bardziej kreatywni, to jeszcze będą pracować za garść cukierków. Henieeek! - wywołany do odpowiedzi poderwał się jak na odgłos wystrzału i śmiertelnie pobladł - Ty przepłacana gnido z Pierdów Górnych...
- Jestem z Bydgoszczy, szefie - zapiszczał cicho Heniek
- No, przecież mówię. Jeżeli chcesz tu jeszcze popracować, to wykaż się wreszcie.
- Aaa... aaalle jak?
- Potrzebujemy eventu, czegoś szalonego, czegoś, co potrząśnie ludźmi! Podołasz, wypierdku z Tyfusowa, czy mam szukać przedszkolaka na twoje miejsce?
Heniek podziękował w duchu kolegom z akademika za długie noce spędzone na grze w pokera, dzięki temu nauczył się blefować jak Maverick.
- Tak się składa, że mam już zaplanowany event, szefie.
- Podziel się z nami!
- Wolałbym zachować to na razie dla siebie, ale gwarantuję, że nie będzie pan zawiedziony. Jutro na Placu Defilad!
Po sali przebiegł pomruk niedowierzania i podziwu. Tak szybko?
Heniek wyszedł z zebrania, odetchnął, po czym zaczął rozpaczliwie łapać tlen i opadł na krzesło stojące w korytarzu, wyczerpany na granicy omdlenia. Event, szalony, potrząsnąć, event, szalony, potrząsnąć, event... Eureka!
Nazajutrz wszyscy pracownicy agencji i klienci zebrali sie w umówionym miejscu. O dziwo, nie zobaczyli sceny, namiotu, pięknych, biuściastych modelek i kolorowych proporczyków. Zamiast tego zobaczyli ring bokserski i wrestlera tak potężnego, że Hulk Hogan wyglądałby przy nim jak ułomek. Heniek, przebrany za sędziego bokserskiego, zaanonsował przez mikrofon:
- Jako pierwszy, walkę z naszym niepokonanym Marianem Gołotowskim stoczy nasz prezes! Zapraszamy!
Prezes, rad nie rad, wszedł na ring. Nie po to kupił sobie drogi motocykl i markowe jeansy, żeby teraz zburzyć swój cool image opierając się zabawie i strojąc fochy. Ale nie było mu do śmiechu, oj, nie...
Zapaśnik bez zbędnych ceregieli podniósł prezesa wysoko nad głowę i zaczął nim potrząsać, jak gałęzią jabłoni w sadzie. Prezes wył wniebogłosy. Potrząsanie trwało około dwudziestu minut, na oczach wszystkich pracowników i klientów agencji. Nikt nie protestował ani się niczemu nie dziwił, bo wszyscy podejrzewali, że to głupi dowcip i nie chcieli wyjść na mniej cool od prezesa. Gdy Marian G. rzucił w końcu prezesa na ziemię i zaryczał jak tygrys (jego znak firmowy), na ring szybko wbiegli sanitariusze. O dziwo, oprócz noszy, nieśli też kaftan bezpieczeństwa, w którego zakuli przerażonego i roztrzęsionego prezesa. Heniek zawołał triumfalnym tonem:
- W naszej agencji nie cofniemy się przed niczym! Potrząśniemy wami tak mocno, że aż oszalejecie z wrażenia!



Tematyka szpitali psychiatrycznych przypuszczalnie wzięła się stąd, że niedawno obejrzałam "Shutter Island" i ciągle jestem pod wielkim wrażeniem.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza