sobota, 27 sierpnia 2011

Irlandzki jubileusz

4 lata na wyspie! Nie uczciłam tego jak należy, ale...

...mój mózg mile mnie zaskoczył! Ale po kolei.

Na początek, postanowiłam uczcić ten dzień przybierając odpowiednie barwy:


chyba nie baudzo to widać na zdjęciu, ale mam również 100% zielony makijaż - tak, włącznie z zielonymi rzęsami


Reszta świętowania nie wyszła mi tak, jak chciałam. Na piwo nikt nie miał czasu ze mną pójść, shopping mi nie wyszedł (dokończę dzieło w sobotę, mam nadzieję), nawet na irlandzką muzykę nie miałam nastroju. W ogóle nie miałam nastroju na cokolwiek (przemęczenie, dobrze, że już prawie weekend, a potem 3 dni pracy i wakacje). Niemniej...

Miałam cudny sen. Nie był absurdalny, durny, smutny, straszny, był po prostu piękny. Byłam w górach, było bardzo zielono, przypuszczam, że było to w Irlandii, bo gdzieś tam pałętała się anglojęzyczna grupa towarzyszy. Były to w każdym razie góry - a raczej pagórki, jeśliby rozpatrywać rzecz wg polskiej skali - podobne Connemarze lub Wicklow. Dzień był niesamowicie słoneczny. W pewnym momencie znalazłam się na łące pełnej zdziczałych krzewów czerwonych róż, która to łąka płynnie przechodziła ścieżkę do bliżej mi nieznanego obiektu, obsadzoną soczyście czerwonymi fuksjami. Detale snu uleciały mi podczas dnia wypełnionego korpoharówą i jej zgryzotami, ale wciąż mam w głowie to uczucie szczęścia - że słońce, że czerwień, że przestrzeń i powietrze, tak po prostu. 

W związku z tym świętowanie mojej irlandzkiej rocznicy uważam za udane. Tak po prostu.

 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza