niedziela, 10 lipca 2011

W 3 d...

Pierwszy raz zawsze boli


Dzisiejszy dzień zapisze się krwawą literą na kartach historii mojej Drogi Kinomana. Zdradziłam wszystkie swoje ideały, oszukałam wszystkich, którzy we mnie wierzyli, zaprzedałam duszę komercji i nie mogę sobie spojrzeć w oczy.

Poszłam do kina na najnowsze Transformers. W 3D. 

Wybaczcie. Byłam naprawdę ciekawa, czemu wszyscy się tak jarają tymi 3Dupami, po prostu musiałam sprawdzić, czy to rzeczywiście działa. Plakaty mnie skusiły, i Przytulanka podrzucił ten pomysł. Całe zuo tego świata sprzysięgło się, żeby mnie skaptować. 

Na domiar złego, Szatan skusił mnie okularami do oglądania 3Dup w kształcie wiecznie psujących się binokli pewnego małoletniego czarodzieja.



Tak więc, dałam się skusić przez super duper nowoczesne technologie tylko po to, by obejrzeć chyba najsłabszy fabularnie film, na jaki wydałam pieniądze. Aktorstwo żenujące, humor dla gimnazjalistów, dialogi durne, że aż zęby bolą, fabuła przewidywalna jak śmierć i podatki, a mimo to nie żałuję, bo to 3D to było naprawdę coś. To żelastwo turlające się po zdewastowanym Chicago, ludzie latający miedzy wieżowcami jak muchy, cycki na angielskim klonie Dżoany Krupy wyglądające jak prawdziwe - zawsze, kiedy my, ludzie, myślimy, że osiągnęliśmy już wszystko, sięgamy jeszcze wyżej.



I mimo, że trochę mi przykro, że moje trójwymiarowe kinomańskie dziewictwo oddałam takiemu szmaciarzowi jak Michael Bay, to jednak muszę okazać zrozumienie - takie kiepskie filmy jak ten nie mają szans zaistnieć w świadomości widzów inaczej niż poprzez bombardowanie ich percepcji. Pierwszy raz bolał, ale to nic, bo wiem, że mogę radować się następnym doświadczeniem z kimś, kto naprawdę coś dla mnie znaczy.

Accio, Harry! :)



Efekt uboczny oglądania Transformersów: samochody już nigdy nie będą dla ciebie takie same. True story.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza