piątek, 26 czerwca 2009

Co Król M dał Królowej M

Celebrities przychodzą i odchodzą, czasami w medialny, a czasem w fizyczny niebyt. Z reguły średnio mnie to obchodzi. Jednakże, właśnie dziś, zwyczajna elektroniczna świeczka w opisie GG znaczy coś więcej...

Przyszłam sobie jak gdyby nigdy nic do pracy, odpaliłam służbowego PCta i zajęłam się prasówką (Pudelek+tvn24). Wiadomość, którą przeczytałam jako pierwszą sprawiła, że nie chciało mi się już czytać o tym, co powiedział Kaczyński i o co kłócą się Brad i Angelina.


Michael Jackson nie żyje



Tak po prostu. Po byciu na szczycie i byciu na dnie, po latach w domku z wielodzietną rodziną i wydaniu milionów dolarów na swoje wesołe miasteczko, po niezliczonych sukcesach w branży i porażkach w życiu osobistym, odszedł idol mojego dzieciństwa.

Pamiętam, miałam wtedy jakieś 8-9 lat. Na bazarku na szczecińskim Niebuszewie ojciec kupił mi kasetę - to był album "Bad", moja pierwsza kaseta z dorosłą muzyką (jednocześnie znacząca schyłek okresu kolekcjonowania nagrań takich artystów jak Arfik, Majka Jeżowska czy Krzysztof Antkowiak). Zakochałam się od razu w przebojowych piosenkach, a najbardziej wpadła mi w ucho - nie wiem czemu - "Liberian Girl".
http://youtu.be/f3V-7DEAgdc

Mniej więcej w tym samym czasie, rekordy popularności w polskiej telewizji bił program "Super playback show", gdzie dzieciątka występowały ucharakteryzowane na gwiazdy muzyki rozrywkowej i wykonywały z playbacku ich przeboje. Wyłoniła się przede mną idea występów, jakich jeszcze nie było. Od tego czasu często i chętnie przebierałam się za Michaela Jacksona (głównie czarna koszula+czarne baletki+białe skarpetki+czarne "lajkry"+wszelaka srebrna biżuteria, jaką tylko mogłam znaleźć w domu) i odstawiałam playback show ku uciesze domowników. Za mikrofon służył mi tłuczek do ziemniaków z mojej zabawkowej kuchni.

Nieco później, moim ulubionym czasopismem był "Popcorn" (wtedy było tam jakoś więcej o muzyce niż o seksie i szmatach, stare dzieje). Dzięki temu czasopismu wzbogaciłam się o wiele plakatów mojego idola, które ozdabiały każdy metr kwadratowy mojego pokoju, na który można było przylepić taśmę klejącą bez narażania się na gniew mamy.

Dzięki tej gazecie, a konkretnie rubryczce "Poznajmy się", nawiązałam znajomość korespondencyjną z niejaką Justyną z miejscowości Łapy (gdzie to jest?), również fanką Michaela Jacksona. Kiedyś przysłała mi plakat Michaela, a ja jej książeczkę o Michaelu.

No właśnie, jeśli o tej książeczce mowa. Byłam na koloniach w Świętouściu (nie mylić ze Świnoujściem). W pobliskim Międzywodziu wypatrzyłam w kiosku "autobiografię" Michaela. To była cieniutka książeczka formatu b6, kosztowała bodajże 5 000 zł (nie była to zawrotna kwota dla dzieciaka na koloniach). Przypuszczam, że były to po prostu fragmenty "Moonwalkera". Przeczytałam tę książeczkę kilka razy, do dziś pamiętam niektóre fragmenty.

Mieszkaliśmy wówczas w małym domku, który dziś wydaje mi się kartonem po butach.

Kiedy pierwszy raz przesłuchaliśmy materiał [Thrillera], chciało mi się wyć. Powiedziałem producentom: "Zadzwońcie do wytwórni i powiedzcie, że nie dostaną tej płyty. Zrobimy wszystko od nowa". Jestem perfekcjonistą.


W pewnym momencie, wyrosłam z muzyki pop. Tłuczek do ziemniaków wylądował w piwnicy z resztą zabawek, kasety oddałam młodszej siostrze. Kuzynka zasłuchiwała się wtedy albumem "History", nawet nosiła się z zamiarem wybrania się na koncert w Warszawie, ale mnie to już nie obchodziło. Potem była poezja śpiewana, rock, jazz, rock... Nagle te jego złote wdzianka i trzymanie się za krocze wydały mi się obciachowe. A może nawet nie myślałam o tym, czy to obciach czy nie, po prostu ewoluowałam.

Mniej więcej rok temu wróciła do mnie ta muzyka, tak po prostu. Dzięki youtube obejrzałam sobie wiele teledysków, których wcześniej nie znałam (nigdy nie miałam video i MTV, a w polskiej telewizji nie było takich rzeczy). Odkryłam wiele innych rzeczy, których nie słyszałam jako dzieciak, a których nie chciałam usłyszeć, kiedy już umiałam grać na instrumentach i znałam nuty. Rytmy, oryginalne melodie, niesamowita ekspresja wokalu, aranże dopracowane w każdym calu, no i teledyski.

Powiedzcie, ilu artystów pop pisze dziś sobie piosenki? Czy w ogóle wykonawców pop można dziś nazwać "artystami"? I czy jakiś album w historii pobije kiedykolwiek "Thrillera"?



Żegnaj, Królu [*]



Dialog pracowy, w porze lunchu.
Norman (wracający z lunchu): co słychać? czy jeszcze jakaś gwiazda pop się przekręciła? z Madonną wszystko OK?
Karen: żyje, ale na pewno płacze
Norman: to na kogo teraz kolej?
Ja: chyba na Prince'a, odkąd nie ma MJ, nie ma już po co żyć

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza