niedziela, 18 stycznia 2009

N jak Natasza

Istotą życia są ciągłe zmiany. Personalne też.


Jak by to ująć, żebyście nie myśleli, że ktoś umarł... Bo w sumie wszyscy uczestnicy tej sytuacji są cali i zdrowi, ale coś odeszło i już nie wróci.
W piątek moja ulubiona koleżanka z teamu, Francuzka Natasza zakończyła pracę w naszym zespole. Przenosi się teraz do placówki naszej firmy w Hong Kongu, na inne stanowisko. Oczywiście ciągle pracujemy razem i będziemy w stałym kontakcie służbowym (choć zapewne głównie mailowym, bo różnica 7 godzin między strefami czasowymi to nie w kij dmuchał), ale świadomość, że nie będzie jej już przy biurku obok napawa mnie smutkiem i nostalgią.

Kiedy dołączyłam do zespołu, Natasza była w nim jedyną babeczką. Nasz zespół składał się z niej i 3 ruskich matematyków, niezbyt komunikatywnych gości. Natasza cieszyła się, że wreszcie dołączy jakaś kobitka. Od tego czasu zatrudniliśmy jeszcze 2 dziewczyny w naszym teamie i jedną laseczkę w zespole, z którym ściśle współpracujemy. Można powiedzieć, że Natasza przetarła nam szlaki w tym zmaskulinizowanym środowisku.

Kiedy pierwszy raz rozmawiałyśmy, nie miałam o niej dobrego zdania. Właściwie to spojrzałam na nią, zamieniłyśmy 2 zdania i pomyślałam sobie: "co za arogancka suka!". Potem myślałam, że jest pracoholiczką bez życia prywatnego i podlizuje się szefowi. Dzisiaj już wiem, że była wobec mnie pełna rezerwy na początku, bo nie znałyśmy się zbyt dobrze.
Kiedy poznałyśmy się lepiej, okazało się, że Natasza zna wszystkie kluby i puby w mieście, po godzinach prowadzi działalność polityczną, uprawia taniec towarzyski i wspinaczkę oraz bierze lekcje tańca brzucha. Kilka razy osadziła naszego kochanego managera na miejscu, kiedy przesadzał z wymaganiami i miał głupie pomysły.

Zaczęłam pracę 5 grudnia 2007. Tego dnia Natasza napisała do mnie na MSN: "ile masz lat?", a ja na to: "od jutra będę miała 26". Następnego dnia czekał na mnie tort i życzenia od całego zespołu, czego się kompletnie nie spodziewałam. 

Bezwstydnie plotkowałyśmy na MSN w czasie pracy, głównie omawiając aparycję naszych nowo przybyłych pracowników. Komentowałyśmy paskudną mordę Sarko, nieciekawą reputację i nikły talent muzyczny Carli Bruni, skandaliczny wzrost naszych prezydentów, uśmiech i pośladki Baraka Obamy, czasami nawet zdjęcia programistów z oddziału w Paryżu. Analizowałyśmy przebieg akcji w "Sex and the city" i sypałyśmy cytatami z serialu "Father Ted".

W sumie rozkręciłyśmy we dwie niezły kabaret w pracy... Poniżej parę naszych wspólnych "scenek z kapelusza" i wiekopomnych cytatów z Nataszy.

N: Carla napisała, że Sarko ma 6 mózgów. Znaczy się jeden w głowie, po jednym na każdą rękę, po jednym na każdą nogę, a gdzie szósty? hmm...
Ja: Obawiam się, że Sarko, jako stuprocentowy facet, ma mózg przede wszystkim w "hmm".

*

Ja (wertując ogłoszenia randkowe w poszukiwaniu materiału na Kawały Mięsne): "Atrakcyjna, lat 25, pozna pana w celu nawiązania korespondencji SMS-owej, z szansą na coś więcej." - ja pierdziu, dawać ogłoszenie randkowe, żeby popisać SMSy? WTF?
N: Nie masz pojęcia, jaki ekscytujący może być kontakt z telefonem komórkowym.

*

N: Mój komputer koszmarnie hałasuje.
to prawda, wiatraczek jej rzęzi jak silnik w ciężarówce
Ja: Może to ze starości, trzeba by mu wiatraczek przeczyścić.
N: Ale on jest taki od pierwszego dnia. To komputer dla Francuzki, więc musi dużo narzekać.

*

(na Christmas Party): Nie chcę być wredna, ale dziewczyna Quentina ma na sobie tę samą sukienkę, co na zeszłorocznym przyjęciu.
Oczywiście, że chciała być wredna, ma to coś wspólnego z zazdrością, o czym doskonale wiedziałam.

*

(o naszym koledze z zespołu, który się swego czasu za bardzo szarogęsił; był on wtedy na intensywnej diecie): Nie będę się słuchać faceta, który postanowił zagłodzić się na śmierć.

*

N: Quentin co roku bierze udział w maratonie i biegnie 24 kilometry. Mówił mi kiedyś, że gdyby zaraz po tym biegu uprawiał seks, to mógłby umrzeć.
Ja: No, to idealny sport dla programistów.

*

N: Kurde, już mam tego wszystkiego dosyć. Tydzień do releasu, a oni wprowadzają ulepszenia, nie naprawiają bugów w nowych modułach i wszystko pieprzą. Któregoś pięknego dnia polecę do Paryża i każdemu wleję na gołe dupsko.
Ja: No co ty, miałaś ich ukarać, a nie nagradzać.
N: To było bardzo francuskie.

*

Piątek, wypuszczamy nową wersję. Natacha narzeka, że z powodu przedłużających się prac (siedzieliśmy prawie do 22:00!) nie zdąży do kina.
Ja: Jaki film?
Natacha: "The Dutchess"
Ja: No co ty, chcesz oglądać Keirę Knightley w piątkowy wieczór? Żeby poczuć wyrzuty sumienia za te wszystkie babeczki i croissanty, które jadłaś w tym tygodniu? (akurat nie powinna się czuć winna, waży tyle co zagłodzony kot)

*

Natasza tłumaczy coś Muriel (Francuzeczce nr 2) i pada słowo "jerk" (ang. "palant"), którego Muriel nie zna, a Natasza nie umie wytłumaczyć.
N: Margaret, jak byś wytłumaczyła znaczenie słowa "jerk".
Ja: Connard. (francuski odpowiednik)
N: O, właśnie. (nagle się reflektuje) Zaraz, zaraz, a skąd ty znasz to słowo, przecież go nie używam...
Ja: ...przynajmniej nie na głos.
N: No właśnie.

*
Komentujemy tegoroczne Christmas Party, a konkretnie tę nudną część.
N: I oni wszyscy tam stali, w tych garniturach i krawatach, i ciągle gadali o finansach i pracy, OMG! Wiesz, to chyba dotyczy wszystkich Francuzów: jak tylko skończą szkołę, robią się nudni. Zachowują się, jakby mieli kij od szczotki w d*pie.

To na razie tyle, jak poszperam na MSN, to jeszcze pewnie coś się znajdzie.

Coś się kończy, coś się zaczyna. Dla mnie zaczyna się okres większej samodzielności, bo nie będzie już Nataszy, którą można spytać o byle pierdołę. Dla niej zaczyna się nowe życie w Azji, nowa strefa czasowa, konieczność codzienniego noszenia garniturów (ciekawe, co pocznie ze swoimi wytartymi dżinsami i martensami) i częste podróże. 
Mam nadzieję, że po tych wszystkich przemianach los zetknie nas jeszcze kiedyś w jakimś pubie (jak zawsze: ona nad kuflem Bulmersa, ja nad kuflem Guinnessa) i zawołamy gromko jak father Jack: "feck, arse, drink, girls!".



Chciałam nagrać dla niej piosenkę, ale kompletnie mi nie wychodzi, więc zamiast tego wykonanie oryginalne:



Bob Dylan - "It's All Over Now, Baby Blue"

You must leave now, take what you need, you think will last.
But whatever you wish to keep, you better grab it fast.
Yonder stands your orphan with his gun,
Crying like a fire in the sun.
Look out the saints are comin' through
And it's all over now, Baby Blue.

The highway is for gamblers, better use your sense.
Take what you have gathered from coincidence.
The empty-handed painter from your streets
Is drawing crazy patterns on your sheets.
This sky, too, is folding under you
And it's all over now, Baby Blue.

All your seasick sailors, they are rowing home.
All your reindeer armies, are all going home.
The lover who just walked out your door
Has taken all his blankets from the floor.
The carpet, too, is moving under you
And it's all over now, Baby Blue.

Leave your stepping stones behind, something calls for you.
Forget the dead you've left, they will not follow you.
The vagabond who's rapping at your door
Is standing in the clothes that you once wore.
Strike another match, go start anew
And it's all over now, Baby Blue.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza