niedziela, 30 marca 2008

Przeprowadzki Margot

Nie prowadziłam nigdy specjalnie awanturniczego stylu życia (jeśli nie liczyć moich licznych złamań i kontuzji), ale przeprowadzek zaliczyłam w życiu niemało. Stoję właśnie w obliczu kolejnej, więc chciałam powspominać.


Do matury wszystko było spokojne, monotonne, niezmienne. Mieszkałam w jednym domu z dość liczną rodziną, na szczecińskim Pogodnie. Miałam 10 minut drogi do szkoły, 15 minut do liceum, 5 na rynek, gdzie zawsze robiłam zakupy.
W momencie, kiedy zdałam maturę i dostałam się na studia do odległego Torunia, wszystko się popaprało.

I. Złe dobrego początki

Pierwszym wielkim skokiem była wyprowadzka do samego Torunia, na moją pierwszą stancję. Mama wyposażyła mnie w mini gospodarstwo: garnki, naczynia, pościel itp. Wujkowi, który zaoferował się zawieźć nas do Torunia, trochę opadła szczęka, ale daliśmy rade zapakować wsio do jego WV golfa i przewieźć na miejsce. Prywatnych, niepraktycznych rzeczy miałam niewiele: gitarę, dwa tomy opowiadań zebranych Cortazara i mały sprzęt grający (plus może trzy płyty CD).

Moja stancja była niezbyt tania (300 zł miesięcznie, wtedy najwyższa stawka za stancję w Toruniu), a nie szła za tym zbyt wysoka jakość. Fakt, że miałam 10 minut na uczelnię, ale poza tym to było ciasne mieszkanko w bloku, pokój był mały (mniej więcej 2.5x2.5m), po rozłożeniu strasznie niewygodnej kanapy nie było gdzie się ruszyć. Gospodyni była 80-letnią staruszką, żywym dowodem na to, że moherowe berety nie nadają się do współżycia pod jednym dachem. Ciągle suszyła mi głowę o zużycie wody i prądu, a na moją, rozsądną poniekąd, sugestię, żebyśmy po prostu zajrzały w rachunki spłoszyła się i rozdarła mordę, że to nie moja sprawa. Chciwa starucha!

Tydzień przed końcem listopada powiedziała, że mam się wynosić, bo jej syn z żoną się wprowadzają. Co tam okres wypowiedzenia czy zwykła przyzwoitość. Potem łaskawie przedłużyła ten okres do końca grudnia, ale ja już szukałam ochoczo następnej stancji. 

Tutaj warto zatrzymać się i opowiedzieć o pokojach, które oglądałam, bo to osobna historia. Jako jedynaczka rozpieszczona własnym pokojem od najmłodszych lat, trochę wybrzydzałam. Odrzucałam więc pokoje przechodnie i pokoje dwuosobowe. Była taka jedna stancja, gdzie pokój był spory, ale było to wilgotne mieszkanie w bardzo starej kamienicy, ogrzewane piecami kaflowymi na węgiel i pełne kotów (wszyscy wiedzą, jak kocham sierściuchy, ale zapach był nie do wytrzymania, chyba nikt tych kotów nie wypuszczał na dwór). I to za 300 zł! Ludzie powariowali. Oglądałam też pokój na tym samym osiedlu co dotychczasowa stancja, też u starej, głupiej baby. Kiedy usłyszała, że pochodzę z odległego Szczecina to powiedziała, że sobie nie życzy, bo jestem z daleka i nie będę jeździć co weekend do domu i pewnie będę robić pranie, zamiast wozić do mamy. "To będzie nie stancja studencka, tylko współlokatorka" - tak argumentowała. A propos, czy ktoś potrafi zdefiniować stancję studencką? Bo cenowo to się od współlokatorki raczej nie różniło.

II. Czterej torunianie i pies

Zarzekałam się, że chcę mieszkać blisko centrum, ale czas mnie naglił, więc dałam też szansę osiedlom na obrzeżach Torunia. Nieoczekiwanie przypadła mi do gustu stancja na os. Na Skarpie (zwanym także Rubinkowem III). Pokoik był jasny, ciepły i dość przyjemny, łóżko wygodne, gospodarze wyluzowani, a cena nieprzyzwoicie niska, bo zobowiązałam się pomagać czasem córce gospodarzy w matematyce lub angielskim. I tak sobie mieszkaliśmy radośnie do końca pierwszego roku: ja, czteroosobowa rodzina gospodarzy i pies - ważący 50 kg owczarek niemiecki płci żeńskiej imieniem Diana.

III. Zew samodzielności

Stancja nr 2 była fajnym miejscem, ale po I roku zdecydowałam, że czas na większą samodzielność i wynajęłyśmy z koleżanką mieszkanie. Znowu olałyśmy względy lokalizacyjne i wynajęłyśmy dwupokojowe mieszkanko w bloku na tym samym osiedlu, ale na jego szarym końcu, gdzie ptaki już zawracają. Do tego czasu trochę przybyło mi rzeczy, głównie książek, a na dodatek postanowiłam dołożyć trochę dobytku. W przewiezieniu nowych maneli do Torunia pomógł mi tata i jego nissan primera.

Proszę zwrócić uwagę na ten stylowy segment w tle - taki późny Gierek
W mieszkanku uroczo mknął czas. Ja zajmowałam wielki pokój z balkonem, a koleżanka mniejszy. Wspólne życie jednak nam się z koleżanką nie układało, bo postanowiłam przestać chodzić z nią codziennie do kościoła i na dodatek w moim życiu pojawił się student płci odmiennej, z którym weekendami, że się tak wyrażę, żyliśmy w grzechu. Atmosfera się zagęszczała, w końcu przyszły wakacje i czas na rozprowadzenie się, za obopólną zgodą.

IV. Z Pogodna na Pogodno

Jakby było mi mało przeprowadzek w Toruniu, w owe wakacje po rozwodzie z koleżanką przeprowadziłam się też w Szczecinie. Mama i jej dwie siostry sprzedały dom po dziadku, który zamieszkiwaliśmy wspólnie i każda siostra kupiła sobie mieszkanie. Przyjechałam do Szczecina w pierwszym tygodniu lipca, po sesji i zdążyłam jeszcze powyrzucać trochę starych gratów i przespać się w moim pokoju (nie było już w nim żadnych mebli, tylko mój materac), a potem na własnych plecach poprzenosić co nieco do nowego mieszkania mamy, odległego o jakieś 300 metrów. Nie, nie chciałyśmy mieszkać w innym miejscu niż Pogodno. Początkowo mama cierpiała na brak ogrodu i przestrzeni, ale jakis czas później przyznała, że cieszy się, że jest "na swoim" i może się sama rządzić.

Salon w mieszkaniu mamy - moja mamusia ma stajla, prawda?

Mój pokój - też mam trochę stajla, ale przede wszystkim lubię książki
V. Miłość i elektryczność

kamienica na Danielewskiego, trochę odnowiona
W trzecim roku mojej toruńskiej egzystencji przyszedł czas na myślenie o matrymonialnej przyszłości, zapragnęłam wtedy zamieszkać ze wspomnianym wyżej studentem płci odmiennej. Najpierw przezimowałam cały wrzesień kątem u cioci, szukając lokalu i ucząc się do sesji naukowców, w końcu lokal się znalazł: trzypokojowe mieszkanie w kamienicy na Bydgoskim Przedmieściu, w każdym pokoju po parze studentów.

Przy okazji warto wspomnieć, jak przewoziłam swoje rzeczy do cioci, a potem dalej do mieszkania. Zaposiadywałam bowiem wówczas nie tylko gary, pościel i rzeczy osobiste, ale także fotel (który na szczęście dało się rozkręcić i przewieźć w kawałkach) i stołek. Wszystko to było przewożone na moich plecach (tramwajem, autobusem) lub taksówką, a także samochodem wujka sprowadziłam trochę nowych maneli ze Szczecina.

Lokum przy ulicy Danielewskiego wspominam średnio. Była to stara, latami niedogrzana kamienica. W pokojach wielkie piece kaflowe z grzałkami elektrycznymi w środku, kuchnia i łazienka nieogrzewane wcale. Wynajmujący okazał się być skąpym, żyjącym w nierealnym świecie gnojkiem, który suszył nam głowę o rachunki za gaz i prąd i namawiał do "oszczędzania". Ja i tak miałam szczęście, bo z lubym zajęliśmy najcieplejszy i najbardziej suchy pokój w całym mieszkaniu, ludki w pozostałych dwóch pokojach mieli grzyba na ścianie, którego zwalczali preparatami kupowanymi za własne pieniądze. A ten wynajmujący dupek na nasze pretensje wypalił, że ten grzyb to napewno robi się dlatego, że gotujemy posiłki i suszymy pranie. Kiedy wyjechaliśmy na Gwiazdkę do domu, palant powyłączał wszystkie piece. Nie było nas 2 tygodnie, a zima była sroga. Wróciłam trochę później niż reszta domowników i mieszkanie było już nieco rozgrzane, ale ponoć ci co przyjechali wcześniej przez pierwsze 2 noce spali w ubraniach i w kurtkach. Ja i moi współlokatorzy byliśmy non stop podziębieni, raz jak zapadłam na zapalenie oskrzeli, to kurowałam się 3 tygodnie!

Kiedy wyprowadzałam się z tego mieszkania, moje podejrzenia co do skąpstwa właścicieli potwierdziły się. Facet, który prowadził wynajętą przez nas taksówkę bagażową, okazał się być siostrzeńcem babuni, która przez lata mieszkała w "naszym" mieszkaniu. Przeszedł się trochę po kamienicy i stwierdził, że ten budynek nie został nic a nic odnowiony, jeśli nie liczyć pobieżnego pomalowania ścian w mieszkaniu i wymiany okienek piwnicznych. Mieszkanie przez lata było kiepsko ogrzewane i zarastało grzybem. 

Towarzycho w mieszkaniu to osobny rozdział. Każdy z pokojów zamieszkiwała para młodych ludzi. Ja i mój prywatny student w jednym pokoju, w drugim doktorantka z mężem, w trzecim dość ekscentryczni studenci konserwacji zabytków. Dodam, że łazienka była jedna i nie było osobnej toalety, a nasi artyści lubili długie kąpiele we dwoje. Auć.

VI. Trójkącik lokatorsko-przyjacielski

Doktorantka z małżonkiem okazali się być sympatycznymi ludźmi i postanowiliśmy wynająć coś razem w następnym roku akademickim. We trójkę, bo zimno i wilgoć nie sprzyjały miłości mojej i studenta płci odmiennej i byłam znów wolna jak sanki na wiosnę.

Tak więc, pewne milusie młode małżeństwo i studentka informatyki wylądowali w niewielkim mieszkanku w wieżowcu przy ul. Chrobrego. Mieszkali tam razem 2 lata. Okres ten wspominam jako bardzo kulturalny, bo współlokatorzy mieli wspaniałą kolekcję muzyki, filmów i książek, które pożyczałam sobie regularnie.

Tym razem zadomowiliśmy się tam fest: kupiliśmy sobie wygodne materace do spania, pomalowaliśmy ściany wg własnego widzimisię, nawet dostałam po niedługim czasie pralkę marki Frania od cioci. Gospodarstwo jak się patrzy!

Tak obrosłam w piórka, że nie chciało mi się stamtąd wyprowadzać, więc kiedy mili współlokatorzy wynajęli sobie mieszkanko tylko dla ich dwojga (co doskonale rozumiem, komuna jest dla młodych singli), szukałam współlokatorów.

VII. Starzeję się

Przez kolejny rok mieszkałam z dwoma studentkami pierwszego roku, potem kolejny rok z dwoma kolegami z wydziału. W ostatnim roku było mnie już nawet stać na stałe łącze internetowe. Doświadczyłam też wielu bliskich spotkań z karaluchami.

Ze współlokatorami układało się różnie, ale tym razem była to chyba moja wina. Czułam, że robię się już za stara na mieszkanie w takim skupisku (choć miałam własny pokój, urządzony ze smakiem i bardzo przytulnie) i studia, obecność innych ludzi w domu mnie denerwowała, a właścicielka odstawiała coraz to dziwniejsze numery.

Mój pokoik na Chrobrego, na krótko przed wyprowadzką
Na szczęście życie ulega ciągłym zmianom i w końcu doczłapałam się do końca studiów. Z żalem opuszczałam Toruń i to mieszkanko, bo mimo różnych zgrzytów i zmęczenia tym miejscem, zapuściłam tam korzenie. Wyprowadzka do Szczecina była okrutnie bolesna. Nagle się okazało, że nie mogę załatwić żadnego transportu dla swoich rzeczy, a miałam ich już z tonę. Część bambetli (m.in. moją wspaniałą pralkę marki Frania) zabrał ze sobą wujek miesiąc wcześniej. Po długich i bezskutecznych namowach telefonicznych wszelkich zmotoryzowanych znajomych, postanowiłyśmy z mamą same zająć się wyprowadzką. Dokonałyśmy tego głównie przy pomocy Poczty Polskiej, wysyłając paczkami sporą część rzeczy, nie wyłączając mojego materaca. Wysłałyśmy coś koło 8 paczek! Kilka rzeczy zostało u wcześniej wspomnianej cioci i odebrałam je po obronie, która nastąpiła jakieś 1.5 tygodnia później (jechałam na nią prosto ze Zlotu 777 JM). Część przewiozłyśmy z mamą własnymi siłami, do pociągu zataszczyłyśmy to same (choć nie miałyśmy nawet dość rąk na to!), potem w Szczecinie odebrał nas wujek.

Kiedy wyprowadzałam się z Torunia, zabrałam ze sobą:
- kołdrę, 3 poduszki, 2 koce, 2 komplety pościeli
- materac pianki o grubości 8 cm (łatwo się zwijał w niewielki rulon)
- naczynia: 2 talerze głębokie, 2 talerze płytkie, 2 talerze deserowe, garnek mały, garnek malutki, garnek na mleko, serwis do kawy na 6 osób, włoską kafetierę, deskę do krojenia w kształcie świni, zestaw drewnianych narzędzi kuchennych, 2 noże wielkości tasaków, 2 nakrycia stołowe sztućców, zestaw miseczek z chińskiej porcelany, 4 miseczki bambusowe i ze 2-3 kubki
- książki, notatki, ksera - dużo wcześniej zrobiłam selekcję co oddać, a co wyrzucić
- ciuchy, buty, biżuteria, kosmetyki
- małe stojące lusterko w drewnianej ramie (ciężkie jak diabli)
- bibeloty: 2 wielkie papierowe wachlarze, 2 bambusowe japońskie parasolki, parę obrazków, plakat z wystawy kimon (chyba nietrudno się domyślić, w jakim stylu sobie urządziłam pokój)
- plastikowy taboret ze schowkiem w środku
- lampkę na biurko
- radiobudzik
- radiomagnetofon z CD
- komputer typu desktop (na szczęście zdążyłam się w międzyczasie dorobić monitora LCD i sprzedać stary CRT)
Teraz to wszystko spoczywa w domu mamy w Szczecinie i zabiera jej przestrzeń życiową.

Dodatkowo zostawiłam w mieszkaniu temu staremu skąpiradłu:
- fotel
- dywan
- stół
- drążek na kółkach do wieszania ubrań, robiący za szafę
- komodę
- naczynia: parę salaterek, patelnię (już i tak przypaloną), wielki garnek i durszlak
- lampkę nocną
na szczęście meble dostałam po znajomości za darmo i nie było mi aż tak żal.

Ostatni etap wyprowadzki - tymi ręcami to przytargałyśmy na peron!
VIII. Emigracja, czyli co ma wisieć - nie utonie

Całe studia wystrzegałam się życia po studencku: dzielenia pokoju, komuny, trzymania skromnego dobytku - a teraz emigracja postawiła przede mną nowe wyzwania.

Pod koniec sierpnia 2007 wyniosłam się do Irlandii. To była chyba najtrudniejsza wyprowadzka ze wszystkich, bo mogłam wziąć tylko 25 kg bagażu (plus ok. 8 kg podręcznego), a wynosiłam się na dłużej i wiedziałam, że nie będę mogła przyjechać do domu po rzeczy, których potrzebuję, jak to drzewiej bywało. Owe ponad 30 kg bagażu pomieściło trochę ciuchów i butów, kosmetyki (których nie mam zbyt wiele), mój 250 GB dysk na USB, kurtka na irlandzkie deszcze i wiatry...

Świt przed wylotem na Zieloną Wyspę - niebieska torba to bagaż podręczny. Tak, mam na sobie koszulkę firmową JM :)
 dobrze, że nic innego nie wzięłam! Zajmujemy z moją Przytulanką niewielki pokój i przewracamy się o swoje ciuchy, buty, sterty DVD, 2 komputery, książki... Żyjemy z bandą nie dbających o własność prywatną debili, w związku z czym musimy trzymać w pokoju niektóre produkty żywnościowe, żeby nie wyparowały zanim zapragniemy je zjeść. Jak w akademiku!

Na szczęście niebawem się wyprowadzamy i zostawimy za sobą ten litewski bajzel na rzecz naszego m3 w centrum Dublina, wynajętego tylko dla nas dwojga. Kiedy już się wyniesiemy, fotoreporterzy gazety Fuckt nie omieszkają zaprezentować zdjęć z tego niezwykłego wydarzenia.

A na koniec - specjalnie dla wszystkich bojowników - apel w formie piosenki.



Tego życzę sobie i wam wszystkim - o ile jeszcze się wam nie spełniło :)

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza