piątek, 15 grudnia 2017

Brrrrrum, brum!

Adulting tak bardzo, że jeszcze się nie mogę pozbierać.

Generalnie nie jest tajemnicą, że nie lubię samochodów i jestem zaciekłym wrogiem poglądu, że każdy i zawsze musi mieć swoje auto. Wkurwiają mnie korki, ludzie parkujący gdzie popadnie, a nawet jeszcze nie dojechałam do kwestii zachowania kierowców wobec rowerzystów.

Prawa jazdy nie mam i nigdy nie chciałam mieć. Wiele lat temu w Polsce próbowałam zrobić (w bólach i z wielką niechęcią, ale panowało przekonanie, że "tak trzeba"), ale pokonał mnie plac manewrowy (jak dzisiaj opowiadam ludziom w IE na czym polegał za moich czasów egzamin na prawko, zwłaszcza plac, to wszyscy łapią się za głowę, jakie to absurdalne). Potem nie miałam kasy, potem miałam kasę, ale nie miałam czasu, i tak mijały lata.



I tak oto jest rok 2017, mam 36 lat. Kupuję mieszkanie pośrodku niczego (bo na nic innego mnie nie stać, wiwat zdolność kredytowa starej panny) i dochodzę do wniosku, że skoro najbliższy weterynarz będzie 3-4 km od domu, dojazd do pracy minimum dwoma autobusami i nawet do przystanku muszę iść prawie 10 minut, a Dublin robi dokładnie nic, żeby poprawić jakość zbiorkomu,  to nie ma co odwlekać nieuniknionego i trzeba zabrać się za prawko.

System robienia tegoż w Irlandii jest całkiem sensowny: najpierw zdaje się egzamin teoretyczny, dostaje się tymczasowy dokument, który jest ważny przez ograniczony czas (o ile dobrze pamiętam, dwa lata). Na tym dokumencie można prowadzić samochód, ale tylko w obecności posiadacza pełnego prawa jazdy kategorii B, który ma takowe minimum dwa lata, i nie można wjeżdżać na autostrady. Niemniej jednak, ma się w cholerę czasu, żeby nauczyć się jeździć i nabrać wprawy bez konieczności wydawania fortuny na jazdy. Jakaż to miła odmiana od Polski, gdzie uczyć się jeździć mogłam tylko z jakimś fajfusem z przerośniętym ego na siedzeniu pasażera, którego godzina pracy kosztuje spore pieniądze, a jedyną pożyteczną wiedzą, jaką mogę wynieść z tej interakcji to jego "nie masz praktyki za kierownicą i to widać." Ciekawe, jak miałam ją mieć po kilkunastu godzinach za kółkiem?

Tak więc, pierwszy krok - egzamin teoretyczny! Tylko, że nie.

Parę minut googlania i zonk - okazuje się, że muszę mieć jakiś dziwny dokument do identyfikacji w socjalu. Obecnie ten dokument jest wydawany z marszu każdemu, kto ubiega się o tutejszy odpowiednik PESELu, ale kiedy zlądowałam w tym kraju (przypominam, że to było ponad 10 lat temu) tych kart jeszcze nawet nie było w obiegu. Nigdy z socjalu nie korzystałam, więc nie było mi to potrzebne, ale - ach, jakie szczęście - od lipca jest to jedyny legitny dokument do identyfikacji przy egzaminie teoretycznym. Co było robić, przedsięwzięcie musiałam zacząć od wyrobienia Public Services Card.

Józefinę Eleonorę pozdrawiam serdecznie.


Jak już wcześniej wspomniałam, irlandzkie urzędy są instytucjami przyjaznymi człowiekowi. W związku z czym rejestrację na welfare.ie ogarnęłam w parę minut przy pomocy telefonu komórkowego i przeglądarki www, i już mogłam umówić się na spotkanie w urzędzie.
Spotkanie w urzędzie odbyło się niespełna tydzień później, w miejscu wyraźnie oznakowanym i zaopatrzonym w uprzejmych pracowników udzielających wyczerpujących informacji, i co najważniejsze - dokładnie o czasie!


Taka jestem gorliwa, że dostaję numerek zero w kolejce.

Mało tego, nie musiałam nawet przynosić zdjęć, bo urzędniczka w okienku ma specjalną kamerkę, która robi foto z marszu. I wihajster do pobierania odcisków palców. Właściwie musiałam się tylko zjawić, pokazać ryj, przycisnąć kciuk na małym szkiełku, podać parę danych i pokazać rachunek za prąd jako potwierdzenie adresu. Powiedzieli, że karta będzie po tygodniu i - szok i niedowierzanie - po dokładnie tygodniu dostałam ją pocztą.

Minęło znowu trochę czasu, byłam zajęta innymi imprezami (głównie oglądaniem mieszkań), w końcu przyszła jesień, naszła mnie ochota do nauki i oto odkryłam, że już nie trzeba nawet kupować  książek z pytaniami na test. Wystarczy zarejestrować się na www.officialdttonline.ie, kupić subskrypcję (przy rejestracji jest opcja dostępu za darmo przez jeden dzień, żeby wypróbować usługę) i można rozwiązywać przykładowe testy, czytać pytania itp. Interfejs trochę przypomina mi duolingo, do którego skuteczności nie muszę chyba nikogo przekonywać.

Tak więc, skorzystałam z jednodniowego dostępu próbnego, dałam serwisowi fokę aprobaty i poszłam zarejestrować się na egzamin.

Jak już wspominałam, Dublin jest obecnie przeludniony i nigdy niczego nie starcza dla wszystkich, w związku z tym najbliższy wolny termin wypadał w grudniu. Prawie 3 cholerne miesiące. No nic, zarejestrowałam się. A miesiąc przed testem wykupiłam subskrypcję do mojego samochodowego duolingo, bo mimo, że przepisy jako tako znam, to jednak przy testach próbnych byłam nieco poniżej progu 88% poprawnych odpowiedzi.

Wtedy jeszcze byłam dość pewna siebie i tego, że zdam. Chyba nawet nadmiernie pewna siebie.

Bo oto mam dwa tygodnie do testu, zaczynam coś tam klikać w testach próbnych. I nagle nadjeżdżają pytania z choinki, wyniki mam coraz gorsze, boli mnie głowa i wątpię w sens nauki, siebie i istnienia wszechświata, a zwłaszcza samochodów. Nawet się złamałam i kupiłam książkę, bo naukowcy mówią, że słowo pisane na papierze lepiej zapada w pamięć niż to na ekranie.

Ku mojemu zaskoczeniu, problemem okazało się nie tylko to, że pytań jest bardzo dużo i nie sposób się po prostu ich nauczyć na pamięć, ale również... język! Angielskiego co prawda uczę się od 5. roku życia, ale nigdy nie było mi potrzebne takie słownictwo jak: pelican crossing, zebra crossing (nie, to nie są po prostu pasy), single-tube tyre, turnabout... Na szczęście jest google!

Z pomocą przyszedł mi jeszcze jeden gadżecik: gra Car Mechanic Simulator 2015. Dzięki temu nauczyłam się nazw części, nawet tych, których nie umiem nazwać po polsku. Gra jest nie tylko fajnie zrobiona i daje jedyną w swoim rodzaju okazję rozebrania silnika malucha do rosołu, ale również dostarcza słownictwa i zrozumienia, jak połączone są części w samochodzie. Bardzo to pomogło przy pytaniach technicznych, które szły mi jak po grudzie.



Dwa tygodnie frustracji, rozwiązywania testów na kopy, czytania książki nad każdym lunchem i wymiany wirtualnego oleju w wirtualnych samochodach - i oto jest Dzień Sądu, Godzina T.

Centrum egzaminacyjne okazało się być paroma pomieszczeniami w jednym z wielu biurowców. Salka komputerowa, kilkanaście stanowisk i ja, znacznie zawyżająca średnią wieku uczestników.

Pytania, na które wypadło mi odpowiadać, okazały się być z banalne. Tylko cztery były z gatunku tych, które sprawiały mi trudność przy nauce, nie było nawet jednego pytania z tych, których nie zdążyłam przeczytać. Nawet chciałam być - choć przez moment - rozsądna i opanowana, i dłużej pomóżdżyć nad każdym pytaniem, ale mimo starań nie byłam w stanie usiedzieć dłużej niż 20 minut nad testem. I tak oto wyszłam, poczekałam przerażające dwie minuty i dostałam wyniki:

Dostałam również podsumowanie, ile błędów zrobiłam  w której sekcji. Okazało się, że ten jeden jedyny błąd, który popełniłam, nadarzył się w rozdziale, który szedł mi najlepiej podczas nauki.

Razem z wynikiem testu dostałam formularz i instrukcję, co zrobić, żeby dostać dokument. Kolejny szoczek, bo spodziewałam się wykopania z centrum egzaminacyjnego z pożegnalnym "a teraz sobie wyguglaj co dalej." Jeszcze nie wysyłam, bo nie wiem, czy nie będę zmieniała adresu w najbliższym czasie. Póki co, pławię się w samozadowoleniu, bo oto mam nowy achievement w grze adultingu.

No i w ogóle to nie mam czasu wypełniać jakichś formularzy, bo tyle wirtualnych samochodów czeka na naprawę!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz