poniedziałek, 25 stycznia 2016

Przerażający 2015

"Każdego dnia rób jedną rzecz, która Cię przeraża."
No dobra, może nie robiłam tych strasznych rzeczy codziennie, ale generalnie w 2015 wyrobiłam niezły Produkt Przerażenia Brutto.

Zapraszam na mrożącą krew w żyłach opowieść pt.

"Przerażające Przypadki Margot w 2015 roku"

 

Pojechałam na ślub (nie swój)

 

A tak to. Koleżanka Natasza (o której już kiedyś pisałam na blogu) zaprosiła mnie na swoje wesele. Po tułaczce po Hong Kongach i innych zakątkach Orientu (za pracą), wylądowała w Australii, tam poznała faceta, zakochała się i tak oto 10. stycznia, w merostwie miasteczka Gif-sur-Yvette, zmieniła stan cywilny.
Było strasznie, bo musiałam być między ludźmi i z nimi rozmawiać. Po francusku. Prawie nikogo nie znając. I w ogóle musiałam wyjść w miarę wcześnie z imprezy, bo się przeładowałam sensorycznie. Natomiast nie było wcale straszne to, że działo się w weekend po ataku na redakcję Charlie Hebdo. Byłam w tym czasie w Paryżu intra muros, skorzystałam nawet z darmowego zbiorkomu, szłam ulicami w przeciwną stronę niż reszta tłumu podążającego na marsz.
Bo wiecie, dzieje się jak się dzieje, a życie toczy się dalej.

A photo posted by Margaret P (@swiinka) on

 

Pojechałam w góry zimą

 

Co samo w sobie nie wydaje się być jakimś wielkim dokonaniem, ale to był góry na mojej wyspie. Góry w Irlandii to nie to samo, co w ojczyźnie, gdzie ma się od cholery drogowskazów, dobrze oznakowane szlaki i w ogóle trzeba się mocno starać, żeby się zgubić (co oczywiście nie oznacza, że się nie da, bo mnie się raz udało).
Tutaj jest po prostu ścieżka. Która czasem jest, czasem nie, czasem zmienia się w potok, a w ogóle to jest przykryta śniegiem. I kiedy wydaje ci się, że jesteś na ścieżce, to właśnie jesteś o krok od potoku, który też jest pod śniegiem. A śnieg jest po pas.

A photo posted by Margaret P (@swiinka) on

Zmęczyłam się okrutnie i nawet nie dotarliśmy na szczyt (zaledwie do przełęczy; trzeba było wracać przed zapadnięciem zmroku), ale nie żałuję, bo widoki były przepiękne.





Podjęłam pracę, do której nie miałam wszystkich wymaganych kwalifikacji

 

W okolicach stycznia (a w zasadzie jeszcze przed świętami) w mojej bankowej karierze zaczęło się dziać niedobrze, więc postanowiłam poszukać sobie nowej posady. Generalnie zawodowo ociekam zajebistością i praca dla mnie znajdzie się zawsze, ale nie chciałam brać byle czego.
Któregoś dnia dostałam na maila ofertę pracy, która mnie niesłychanie zainteresowała (rzadkie zjawisko). Jeszcze parę lat temu spojrzałabym na listę wymagań i skonstatowawszy, że nie spełniam ich w 100%, nie próbowałabym nawet aplikować. Ale że jakiś czas temu postanowiłam porzucić maskę grzecznej dziewczynki i głośno domagać się swojego miejsca w świecie, poprosiłam rekruterkę o przedłożenie mojego CV.

W rezultacie, zaproszono mnie na interview i parę dni później zaproponowano mi posadę, i to z pensją, jakiej zażądałam.

Było mi bardzo trudno, a właściwie nadal jest. Musiałam przypomnieć sobie, jak się programuje w Javie (dzięki Ci, StackOverflow!) i w ogóle level czelendżu wzrósł mi do 300% normy korposzczura z Domaniewskiej. Teraz już okrzepłam i nawet trochę rozwinęłam skrzydła, bo przydzielono mnie do nowego, autonomicznego projektu, gdzie robimy wiele rzeczy po raz pierwszy w dziejach firmy, i mogę nie tylko potestować, ale też dołożyć swoje trzy centy do architektury, czasem zrobić demo itp.

Kupiłam sobie rower

 

Jednym z wielkich plusów nowej pracy jest ładny pakiet dodatków socjalnych, m.in. Bike to Work Scheme (kupujesz rower o wartości do 1000 euro, możesz część odpisać od podatku - zawsze parę euro w kieszeni). Długo wzbraniałam się przed zakupem swojego jednośladu. Że ukradną, że sprzedawca mnie orżnie, że słabo jeżdżę i się uszkodzę itp. Ale w obliczu takich opcji dojazdu do pracy:
- 15 minut piechotą do przystanku, czekanie na autobus (jak wszyscy wiedzą, rozkład jazdy w Dublin Bus jest tylko dla ozdoby, a autobus będzie jak będzie) i potem jazda okrężną drogą przez przysłowiowe Koluszki,
- rower miejski wzdłuż Grand Canal do stacji w Portobello i 10 minut piechotą,
- 45-50 minut piechotą,
w końcu się przemogłam.

Obsługa sklepu rowerowego była przesympatyczna i pomocna, dostałam taki rower jak chciałam (tarczowe hamulce, amortyzacja z przodu, damska rama) i w bonusie w prawdziwie 'damskich' kolorkach (oraz z dwuletnią gwarancją, ale to drobny detal).


Oczywiście, wydatki okołorowerowe to nie tylko sam pojazd. W międzyczasie doszedł bagażnik, światła, parę oczojebnych dodatków do stroju, kask, wygodniejsze siodełko itp. Wszystko załatwione szybko i bezproblemowo w warsztacie przysklepowym, który jest czynny w godzinach dla ciężko pracujących ludzi (i ma trzech Polaków w załodze).




Od tego czasu zaliczyłam parę razy glebę, ale poza tym mam wrażenie, że wyczucie równowagi i ogólna sprawność cielesna wzrosły mi dość drastycznie.
Rowerek chwilowo odpoczywa w osiedlowej szopie na jednoślady, bo mamy sezon huraganowy i piętnastominutowa jazda wymaga więcej energii niż przerzucenie tony wyngla, ale pogoda zaczyna się poprawiać (w granicach irlandzkości), więc mojej błękitnej strzale mówię: "SOON."

Dostałam dodatkową parę oczu 

 

Najpierw były uporczywe bóle głowy, więc paracetamol jak cukierki. Potem doszły suche oczy, więc testowanie wszystkich kropli do oczu dostępnych bez recepty. Potem niekończące się poprawianie jasności i kontrastu na pracowych monitorach. I tak przez dwa miesiące, bo przecież JA mam sokoli wzrok, więc to na bank od migreny lub wadliwych monitorów.
W końcu postanowiłam pójść do okulisty. Tak, dla świętego spokoju i żeby wykluczyć potencjalne przyczyny moich cierpień.
Kilka dni i 160 euro później byłam po badaniu wzroku i z nowymi okularami, i nagle wszystko zyskało na ostrości, a bóle głowy już nie wróciły.

Oczywiście, że czerwone oprawki. Duh.

Zaczęłam (znowu) grać na gitarze

 

Myślałam, że już koniec z muzyką, chciałam sprzedać gitarę, nie widziałam w tym w ogóle sensu.
A potem zostałam posadzona (przez mojego nowego Rumianka) przed Rocksmith 2014.
I nagle chcę mieć gitarę elektryczną, uczyć się grać te wszystkie fajne rockowe solówki.
I stan gitar powiększa się o 1.
I umiem już grac "Boys don't cry" The Cure, "Angelę" Jarvisa Cockera, "Next Girl" The Black Keys. I nagle opuszki palców muszę traktować pilniczkiem.
A potem przychodzi czas na gitarę basową i teraz już all about that bass.

Moje narzędzia tortur. Obie dostałam od Rumianka za jeden uśmiech. Dojrzewam do decyzji kupna swojego basu.


I jesteśmy dzisiaj. Opanowałam już ok. 10 piosenek na gitarze prowadzącej i 5 na basie (przy czym pracuję nad kolejnymi -nastoma). Z gitarą prowadzącą bywa różnie, ale na basie mknę jak burza.

Nie wierzę w zapewnienia tego wkurwiającego lektora w grze, że I'm gonna be a superstar, ale wiem, że bawię się doskonale. Cudownie jest grać te wszystkie dobre piosenki, poznawać je od środka, katować pomalutku, kawałek po kawałku, trudne solówki i partie basu. Odkrywać muzykę na nowo i widzieć, jak z każdym kolejnym ćwiczeniem robie się coraz lepsza.

Drodzy adepci "wioseł": zainwestujcie w pickup, kabel i Rocksmith. Może nie zastąpi wam to nauczyciela (chociaż niektórzy twierdzą, że tak - nie potwierdzam, ani nie zaprzeczam, bo to nie mój przypadek), ale zajebiście motywuje do ćwiczeń.

Zapłaciłam zaległe podatki

 

Historia mojego zatrudnienia od września 2012 była dość pogmatwana: trochę na etat, trochę na kontrakcie, etat, znowu kontrakt... I cały ten czas odwlekałam uregulowanie spraw podatkowych! (poza VATem - płacenie VAT w IE jest tak łatwe, że nawet ja to ogarnęłam). Dyplomowany księgowy początkowo złapał się za głowę, ale wyprowadził mnie na prostą.
A Margot płakał jak regulował należność. Irlandzka skarbówka zgoliła mnie na ładną sumkę (były w tym jakieś kary, ale mały procent całości) i trochę mi było smutno patrzeć na stan konta, ale zdjęcie miecza Damoklesa ze ściany jest warte każdej ceny.
Mam nadzieję, że wyciągnę z tego jakieś wnioski i trochę się ogarnę finansowo. Na razie udało mi się przekonać samą siebie, że nie potrzebuję już ciuchów i biżuterii, i od wielu miesięcy nic sobie nie kupiłam! (poza butami na zimę, płaszczem i spodniami, czyli nie jakieś tam kaprysy w postaci setnej sukienki)
Głos z offu: na ograniczenie konsumpcji miała też duży wpływ lektura "Magii sprzątania" Marie Kondo. Polecam.
 

Zafarbowałam sobie włosy sama. Tymi ręcami. 

 

To nie tak, że chciałam zaoszczędzić. Po prostu w tym mieście znam tylko dwa salony fryzjerskie, do których mam zaufanie, i jeden zamyka się za wcześnie, a drugi był w remoncie i zwyczajnie nie było gdzie. Postanowiłam spróbować sama i... wyszło naprawdę fajnie!



Potem trochę eksperymentowałam i raz wyszło dość paskudnie. Po raz pierwszy poczułam, co to znaczy tak wstydzić się stanu czupryny, że aż strach wyjść z domu (uprzedzając pytania: nie, chorobowego nie wzięłam; tylko dlatego, że nie mogłam).



Aktualnie mam na głowie coś nieokreślonego, ale farbowania na razie nie kontynuuję, bo chcę zapuścić i wzmocnić włosy.

Wstąpiłam do partii politycznej 

 

Problemy klasy pracującej dotknęły mnie w tym roku z całą mocą: podatki, częste chorobowe (połączone z koszmarnymi rachunkami za lekarzy), powrót do korporacyjnego mambo-dżambo. Nagle otworzyły mi się oczy. I poczerwieniałam ze złości. A w zasadzie to poczerwieniałam i spurpurowiałam zaRazem.

Zbadałam sobie cycki

 

Tak, pierwszy raz w życiu. No i co z tego, że późno? Lepiej późno niż wcale, o!
Przyznam się szczerze, że obawiałam się przebiegu i wyników badania, ale wyszło wzorowo i mam "certyfikat jakości na najbliższe dwa lata" (cytat dosłowny z ginekologa; facet zdobył mnie jako pacjentkę, mówiąc mi kiedyś: "szanowna pani, leki bez recepty to mają mniej więcej tyle sensu co woda święcona").

Przebrałam się na Halloween 

 

Zupełnie przypadkiem stanęłam w tym roku przed, hm, koniecznością skombinowania Halloweenowego przebrania. Muriel i jej Rumianek zapowiedzieli się z wizytą na ostatni weekend października, a ja o tym na śmierć zapomniałam - aż do wieczoru, kiedy przyjechali, kiedy było już za późno na zakupy. Na ratunek przyszły mi gotyckie ciuchy kupione w 33. urodziny w Londynie, a makijaż zrobiłam przy użyciu primerów i cieni do powiek. Wyszło całkiem spoko.





Był to dla mnie dość stresujący wieczór, bo generalnie z wiekiem coraz mniej umiem w ludzi i imprezownie, które kiedyś lubiłam w małych dawkach, aktualnie męczą mnie niemiłosiernie. Na szczęście, obyło się bez klubowania, bo wszędzie było albo zapchane ludźmi, albo nic się nie działo. Za to wylądowaliśmy na Temple Bar, i to nie w jakimś barze (gdzie, jak wieść gmina głosi, piwo dosżło już do ceny z pułapu chyba-was-bogowie-opuścili), ale na ulicy. Było dość ciepło, a atmosfera była gorąca. Parę razy nawet się przeraziłam - japońscy turyści i ich makijaże, brr.
Jeżeli jeszcze kiedyś coś będę robić w Halloween, to tylko w takiej formie: nastukanie się w domu i spacerek po Temple Bar.



To tylko kilka z wielu szalonych rzeczy, które zrobiłam minionego roku. Moje postanowienie na 2016 jest w zasadzie jedno: więcej przerażenia! Bo z problemami z reguły jak z ratlerkami: z daleka słyszysz ujadanie i myślisz 'ohoho, jaki groźny pies', a potem podchodzisz bliżej, przyglądasz się źródłu ujadania i pękasz ze śmiechu. A śmiech to zdrowie.

Za inspirację do formy notki dziękuję Tygryziołkowi i pozostałym autorkom bloga "Każdego dnia rób jedną rzecz, która cię przeraża"

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza