sobota, 24 listopada 2007

Wypadki chodzą po ludziach

Po mnie zaś chodzą, skaczą i turlają się.

Trudno powiedzieć, czy jestem pechowcem, gapą czy niezdarą. Może wszystkim po trochu? Faktem jest, że wyrobiłam limit wypadków za niejednego mieszkańca tego globu.


Zaczęło się kiedy miałam 2 latka. Jeśli wierzyć opowieściom mojej mamy, wpadłam głową do studni, a w zasadzie takiej beczki wkopanej w ziemię, w ogrodzie. Chyba nic mi się nie stało.

Potem, mając lat 4, wlazłam pod dyndającą się huśtawkę, tę z rodzaju takich podwójnych ławek, przeznaczonych dla większej liczby osób. Efekt: rozcięta głowa, szycie i naturalny przedziałek po dziś dzień, jako, że na bliźnie nie urosły mi już nigdy włosy.

W wieku lat 6 topiłam się w basenie przeciwpożarowym. Nie pytajcie, co tam robiłam, bo wstyd opowiadać. Uratowała mnie pewna pani mieszkająca w domu nieopodal, która 9 lat później uczyła mnie matematyki w liceum. Dziękuję Ci, Klusiu! Dałaś mi dużo więcej niż wiedzę matematyczną ;)

Margot, lat 7, bawi się z dwoma kolegami na drzewie. Nagle jeden kolega mówi coś zabawnego, po czym Margotka (od zawsze lubiąca się śmiać i robiąca to z pełnym rozmachem) śmieje się tak bardzo, że spada z drzewa. Pod drzewem stoi pustak, o który grzmoci prawą ręką. Rączka oczywiście do gipsu. Tak sobie dzisiaj myślę, że i tak miałam farta, bo niewiele brakowało, a uderzyłabym w ten pustak głową.

Margot, lat 10. W pewne popołudnie nasza super niezdara postanawia kopnąć w dupę kolegę z klasy na szkolnym boisku. Niestety, jest środek lutego i boisko jest oblodzone. Lewa ręka w gipsie.

Zostało kilka dni do 13. urodzin Margot. Jak co rano, idzie sobie ona do szkoły. Niestety, jest koniec listopada, spadł już pierwszy śnieg i Margot przewraca się na nie posypanym piaskiem przez niedbałego gospodarza chodniku. Prawa ręka do gipsu. Do dziś zachowały się fotki z mojego party urodzinowego :D

I wtedy już myślałam, że złamania powtarzają się w moim życiu co 3 lata i mam do 16. roku życia spokój. Jakże się myliłam!

Po 6 miesiącach dostaję rower na Dzień Dziecka. Radośnie pomykam nim po okolicy, oczywiście raczej trzymam się chodników, bo szczecińscy kierowcy nie znają litości. Próbuję uniknąć rozjechania przechodnia (uczcie się, drodzy rowerzyści: na chodniku jesteście gośćmi i macie dbać o dobro pieszego!), robię ostry skręt w lewo, w wyniku czego upadam na lewy bok, razem z rowerem. Rezultat: złamanie spiralne kości piszczelowej w lewej nodze, gips do połowy uda i zmarnowane wakacje. Potem 2 lata zwolnienia z WF, co akurat bardzo mnie cieszyło, bo, jak łatwo się domyśleć, na lekcjach WF ciągle zarabiałam siniaki i dostawałam zabłąkanymi piłkami w głowę. Nawiasem mówiąc, proces zrastania trochę się pokomplikował, bo konowały założyły mi zły gips i nie nastawiły nogi (złamanie miało lekkie przemieszczenie), w wyniku czego zagipsowana byłam 8 tygodni, zamiast planowanych 6. Chciałam z tego miejsca serdecznie podziękować chirurgowi ze szpitala klinicznego nr 1 w Szczecinie, znajdującego się przy ul. Unii Lubelskiej, za o 1 cm krótszą lewą nogę, nieco wykoślawioną lewą stopę i pogłębienie już i tak niezłego skrzywienia kręgosłupa. Gdybyśmy byli w USA, a nie w Polsce '95, to byś zapłacił mi sporo kasy i do końca życia prowadził karetkę, debilu :/

To by było na tyle, jeśli chodzi o złamania. Następne wypadki były już mniej brzemienne w skutkach.

Lat 14 - odcedzam dużą ilość makaronu, gotującego się w wielkim garze, nie mam siły prawidłowo przechylić gara i gorąca woda wylewa mi się na brzuch. Taka tam blizna, po 2 latach śladu nie było.

Lat 15 - spaceruję sobie ul. Twardowskiego w Szczecinie, pogwizduję piosenki Kazika, za mną idzie jakiś nastolatek z psem. Nagle koleś wali mnie kamieniem w głowę i ucieka. Na szczęście obywa się bez szycia, mam tylko po dziś dzień wyczuwalną, małą bliznę na potylicy. Włosy na szczęście tam rosną.

Lat 16 - pomykam sobie wesoło po górach. Na następny dzień mam nadwyrężone ścięgno Achillesa, 3 tygodnie zwolnienia z WF. Dobre i to, bo mój stosunek do lekcji WF i wypadkowość na tych zajęciach nie zmieniła się nic a nic :)

Lat 17 - przewracam się na łyżwach. Stłuczone kolano. Kuleję 2 miesiące. I tak miałam farta, bo niektórzy po takich upadkach mają operacje na kolanie i gips co jakiś czas do końca życia.

Aż trudno w to uwierzyć, ale następne lata przebiegają bezwypadkowo. Czasem się przewracam jak jest ślisko, ale kończy się na siniakach. Oczywiście często zacinam się nożem w kuchni czy zadrapuję o coś, ale jestem już tak przyzwyczajona, że nie zwracam na to nawet uwagi i czasem po kilku dniach odkrywam ze zdumieniem gojące się już nacięcie na skórze.

Studia też przebiegają bezwypadkowo. Ze zdrowiem psychicznym i odpornością organizmu bywa różnie, ale przynajmniej idę przez życie w jednym kawałku.

Ostatni spektakularny dzień wypadkowy miał miejsce na początku sierpnia tego roku, kiedy jako szczęśliwa pani magister biegałam w 30-stopniowym upale po nadodrzańskich kejach i pstrykałam fotki wielkim żaglowcom. Zaczęło się od tego, że rano zamykam lufcik okna. Dodam, że moja mama mieszka w przedwojennej kamienicy, gdzie są wysokie kondygnacje i olbrzymie okna z lufcikami u góry, więc muszę wejść na stojące pod oknem biurko. Kiedy schodzę, stopą następuję nie na siedzisko, ale na oparcie krzesła (nie pytajcie czemu, ja też nie wiem), w związku z czym tracę oparcie i lecę na podłogę. Jestem poobijana, roztrzęsiona i trochę kuleję, niemniej udaję się na zlot żaglowców. Na zlocie, udaję się w pewnym momencie na wysepkę na przeciwko Wałów Chrobrego, żeby zrobić zdjęcie Darowi Młodzieży od strony wody. Jestem tak zafascynowana widokiem, że przewracam się na jakiejś perfidnej betonowej ścieżce i padam, rozcinając kolano. I tak miałam farta, że nie stłukłam mojego nowiuśkiego aparatu. Na szczęście obok jest punkt ratownictwa medycznego, gdzie miły pan oczyszcza mi ranę z piasku i zakłada solidny opatrunek. Potem zwiedzam statek (przepiękny, ruski grzmot o nazwie "Sedow"), jeszcze trochę pstrykanka i powrót do domu późną nocą. Jestem trochę oszołomiona tymi dwoma upadkami, na dodatek osłabiona tym zasranym upałem, więc trochę kręci mi się w głowie. Podczas ostrożnych (żeby nie moczyć rany na kolanie) ablucji zaliczam solidny poślizg na podłodze w łazience, dodatkowo uderzając głową w ścianę. Mój chłop może zaświadczyć, że jakieś 3 tygodnie później, kiedy przyleciałam do niego do Dublina, siniaki z tego pechowego dnia wciąż pięknie zdobiły moje biodra i uda.

Oczywiście, wszelkie życiowe wzloty i upadki są bezwartościowe, jeżeli nie ma po nich jakiejś refleksji. A moje przemyślenia są takie:

1. Skoro tyle razy ulegałam różnym wypadkom i wciąż chodzę po tym świecie, to może jednak jestem - paradoksalnie - wielką szczęściarą. Ile razy mogłam się uszkodzić dużo bardziej, może nawet stracić życie, a jednak ciągle żyję i mam się dobrze. Chciałabym, żeby opatrzność wiedziała, że doceniam wszystko, co dla mnie zrobiła.

2. Nauczka dla mnie i dla was wszystkich - kiedy widzicie, że ktoś się przy was przewraca, reagujcie! Korona wam z głowy nie spadnie, jeżeli chociaż zapytacie tę osobę, czy wszystko OK, może nawet pomożecie wstać. Wolę nawet nie myśleć, jak by się skończyła ta historia z nogą, gdyby przechodzień, którego usiłowałam nie potrącić, nie zatrzymał wtedy jakiegoś samochodu, który zawiózł mnie do domu. Nie kumam, jak można być takim palantem i widząc, jak ktoś wywinął szczupaka na śliskiej ulicy po prostu stać i się gapić jak ten osioł. Co, takie to jest zabawne? Pomóż tej osobie, przydaj się na coś!

Żeby nie kończyć w tak ostrym, wojowniczym (nie mylić z jotemowym-Bojowniczym) nastroju, chciałam życzyć wszystkim czytelnikom, aby nigdy nie robili sobie krzywdy, zachowywali wszystkie kończyny w całości i zawsze cieszyli się dobrym zdrowiem :)

UPDATE: Moja mama po przeczytaniu tej notki była łaskawa poinformować mnie, że moje wypadkowe historie sięgają jeszcze dalej wstecz, bo mając kilka miesięcy wypadłam podobno z wózeczka, na główkę. Na sopockim molo. No tak.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza